Stała na środku ulicy. Czekała na koniec, na nadjeżdżający samochód. Wszystko, spowite w ciemnościach i skąpane w kroplach deszczu, ułatwiało decyzję. Tego było po prostu za dużo. Ostatnia noc. Bal, komers. Sam ją zaprosił, mówiąc, że ją kocha. A tam przedstawił jej Martynę. Byli razem od dwóch lat, a zdradzał ją czwarty miesiąc. Kłamał. Kłamał, że kocha, to teraz ona skłamie, że przeżyje. W końcu u szczytu ulicy zobaczyła światła. Nareszcie. Już nie ucieknie, wreszcie się uwolni. I wtedy usłyszała krzyk: "Uciekaj!". Chłopak. Niech odejdzie, niech da jej umrzeć. Zaczął biec, próbował prześcignąć rozpędzony samochód. "Uciekaj! Proszę, zejdź!". Prześcignął auto, był na wysokości metra od maski. Wtedy, gdzieś w głowie, pojawiła się myśl, że on ją uratuje. Nie tylko przed samochodem. Nigdy nie widziała, żeby ktoś biegł tak szybko, był już dobre dziesięć metrów przed autem. A ono było nie daleko... już tak blisko. Nagle ktoś ją złapał, schowana w połach skórzanej kurtki była bezpieczna. Kilkanaście centymetrów od jej ucha, usłyszała dźwięk przejeżdżającego samochodu. Chłopak jej nie puszczał. Czuła jego gorący oddech na szyi. - Nie umieraj, proszę. - szeptał - Wiem, że może być źle, ale nie umieraj. - ona też nie chciała go puścić. Choć nie widziała jego twarzy, mając go przy sobie, czuła tę wolność, którą chciała uzyskać poprzez śmierć. Powoli odsunęli się od siebie. Wstał, pomógł jej się podnieść.
- Jestem...
- Jesteś wolnością. - przerwała mu - Dziękuję.
Uśmiech nie tylko pojawił się na jego twarzy, ale i w błyszczących szaro-zielonych oczach.
- To debil.
-Kto? Skąd wiesz?
- Bo... ktoś, kto sprawiłby, że chcesz umrzeć, musiałby być debilem.
Zamilkł i powoli wyciągnął rękę. Podała mu swoją.
Ciemną ulicą, w strugach deszczu, idzie para zakochanych; ona schowana w połach skórzanej kurtki, on szczęśliwy, że może trzymać ją w ramionach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz