Deszcz delikatnie kropił w dach domu. Była noc. We wszystkich pokojach ciemność. Prócz jednego. Tam nadal paliło się światło, roznosił dźwięk stukania w klawiaturę.
"Ale co niby takiego innego robi od zwykłego przyjaciela? Sylwia, powiedz! Bądź przyjaciółką!"
"Czy ty nie widzisz, jak on się przy tobie zachowuje? Poza tym wszędzie tam, gdzie ty, tam pan Przemek."
Czytając to, dziewczyna siedząca w pokoju, uśmiechała się do monitora. Miała jakieś przekonanie, żeby w to nie wierzyć. Ale go nie słuchała. A przecież ZAWSZE była tylko kumpelą. Jednak im więcej wyciągała z Sylwii, tym bardziej chciała, żeby to była prawda. Okienko rozmowy zamigotało.
"Ej, ale to chyba nie źle, jeśli mu się podobasz? Właściwie co ty o nim myślisz?"
Co ona o nim myśli? Dziewczyna znów uśmiechnęła się sama do siebie.
"Gdybym ci to napisała, wieczności by nam nie starczyło, a ty uznałabyś mnie za wariatkę".
Palce zawisły nad klawiaturą. W wyobraźni pojawił się obraz, od paru tygodni nie dający spokoju. Potem znów rozległ się dźwięk postukiwania.
"Jakby ci to powiedzieć...
Jest przystojny...
I ma świetne poczucie humoru...
I musi być silny, bo mnie podniósł xd
Bardzo go lubię, ale czy coś więcej to nie wiem."
Kłamstwo. Wiedziała. Wiadomości z zawrotną prędkością pojawiały się w okienku. On był inny. Inny niż wszyscy. Ale to jej sprawa, a ona nie zamierzała o tym nikomu mówić.
Minęła noc. Nie do końca przespana. Nastał Wielki Piątek. Ona jak to ona, wulkan strachu i energii, zaangażowała się w Drogę Krzyżową. Grała Maryję. Dla paradoksu on - Jezusa. Cały czas miała w głowie scenę piety. Tej chwili, gdy będzie trzymać go w ramionach. Próby, próby i próby. Tylko się nie śmiać. Tylko się nie denerwować. Zostało im trochę czasu, choć północ była bliska. "Płaczące niewiasty", "Weronika", "Pomocnica Piłata" wszystkie siedziały i plotkowały. "Jezus", "Szymon z Cyreny", "Piłat", "Rzymscy żołnierze", oraz ci którzy w tym wszystkim pomagali, poszli grać w billard. Dla tak zwanego "odstresowania". A ona siedziała na schodach. Smutna. I pierwszy raz od dawna mająca dość niewyjaśnionej sytuacji. Na jej nieszczęście, dopadł ją tam zakochany Dominik. I na nieszczęście jej zachciało się zwierzać. To uruchomiło machinę. Powiedział, że to załatwi i wybiegł. Nie słyszał odmów. Wyciągnął Przemka na pole. A potem...
-Agata!
- Co?
- Nie.
I poszedł. Może gdyby w tamtym momencie uwierzyła w jego słowa nie byłaby tu i teraz tym kim jest. Pokiwała głową i myślała, że przeżyje. Ale ani jej umysł, ani serce, jakoś specjalnie nie otrzeźwiało. Zaczęła szukać drugiego dna. Kłamstwa tam, gdzie go nie było. I doszukała się. W całą historię zaczęła wplątywać inne osoby. Kołowrotki latały coraz szybciej, powstawało ich coraz więcej. I nie zostawiłaby tego w spokoju aż potąd, gdyby się nie dowiedziała prawdy. A może kłamstwa w kłamstwie? Kiedy po rezurekcji usłyszała "To skomplikowane" nie z jego ust, ale zawsze, machina stanęła dęba. Była radość, choć skrywana. Potem czas mijał. Dość biernie. Głównie na wzroście skrzydeł, które swą wielkością przewyższały nawet jej dom. Ale w końcu machina nie mogła stać biernie. Jeden z trybików poluzował się, zaczął kręcić własnym trybem.
- Agata musisz mu powiedzieć! Dziś! Nie ma żadnego "ale"! Załatwiłam już wszystko, odprowadzi cię, jesteście sami.
Idiotyzm. Zmuszona do bycia odważną. Cóż za ironia losu. Nie miała nic do gadania. Pół godziny później już z nim szła. Rozmawiając o latarniach i gwiazdach.
- Stało się coś?
Widział wszystko i jeszcze więcej. Nie umiała go zmylić. Może nie chciała?
- Nic. Może poza tym, że za jakieś 20 minut będę musiała zrobić najtrudniejszą rzecz w moim życiu.
I szli tak, rozmawiając o wszystkim i o niczym, zapatrzeni w nocne niebo, para idealna jak mogłoby się zdawać. Ona obecna serce i duszą, on jakby tylko umysłem. Droga kończyła się nieubłaganie, czas nie zwalniał biegu.
- Przemek. Musze ci coś powiedzieć. Nie wiem co z tym zrobisz...
Szara tunika, powiewała na kwietniowym wietrze, bramka była tuż tuż. Teraz wszystko zależało od niej. Nieśmiała dziewczyna, zamknięta w sobie i zakompleksiona, miała mówić miłości swego życia, że tą miłością jest. Nie wykonalne...
- Strasznie mi się podobasz.
A jednak.
Miał wtedy długie włosy, piękne, kasztanowe, do ramion. Powiewały lekko, zasłaniając mu twarz. Nie odpowiadał. Nie było jak w filmie. Każda kolejna sekunda dla niej była wiecznością, dla niego tylko zastanowieniem, analizą tego co ma w głowie z tym co tak naprawdę drzemie w jego sercu. W końcu coś powiedział. Być może starjąc się ją pocieszyć. Być może tłumacząc się ze swojego zachowania. Ona już tego nie zapamiętała. "Nie wiem czego chcę." - jednoznaczna odpowiedź uderzyła ją jak ostrze. Dała jej w twarz. Odepchnęła na kilka metrów. Zabolało. Chciał jeszcze coś powiedzieć. Coś o tym, że to nie jednoznaczna odpowiedź, że może mu się zmieni. Nie słuchała go już. Pożegnała się z nim miło i życzliwie. Starając się nie płakać, nie przy nim. Zrobiła to dopiero w domu, na własnym łóżku, na podłodze, słuchając muzyki, czy starając się pisać z przyjaciółmi. Napisał SMS... przepraszając ją, za tą rozmowę. Z prośbą by nie zrozumiała źle. Co tu rozumieć? Nie usłyszała "kocham cię". Nie usłyszała "podobasz mi się", nawet tak błahego "jesteś wyjątkowa". Nic, absolutnie nic. Nie chciała tak. Liczyła na decyzję. Tak czy nie?
Kilka dni później rozmawiali. Już normalnie. Łatwo było przy nim udawać uśmiech, szczęście, jeśli tylko się chciało. Ona marzyła tylko o tym, żeby stać na stałym gruncie. Żeby wiedzieć czy jest jej przyjacielem, czy może kimś więcej...
"Nawet gdybym powiedział "tak", nie byłabyś ze mną tak szczęśliwa, jakbyś chciała."
"Wiem.
Bo mnie nie kochasz."
"Dlatego nie byłabyś szczęśliwa."
Być może, każdy normalny człowiek, po czymś takim dałby sobie spokój. Rzuciłby tę znajomość w cholerę, spróbowałby zapomnieć, otrząsnąć się. Ona nie. Rozpoczęła pokręconą przyjaźń w której na przemian płakała i śmiała się. Nie przestawała go kochać. Tylko zagłuszała. Dzięki niemu powoli zaczynała się zmieniać. I choć tego dnia, gdy usłyszała, że jej nie kocha, do szkoły przyszła w czarnej sukience, ten kolor i jeszcze kilka innych stały się jej podstawą do życia. Nową kulturą, którą postanowiła wyznawać. Subkulturą znaną z buntów, dobrych koncertów. Stała się kimś, kim nie była, ale kim potrafiła wyprzeć z umysłu jego. Nie przeczę, że miała myśli masochistyczne, samobójcze. Ale to słabość. Te najgorsze doły, kiedy działo się wszytko nie tak, jak miało. Od tamtej pory w jej uchu co chwila gościła słuchawka z "Trying not to love you" Nickelbacka. Chciała nie kochać. Odpuścić sobie. Żyć własnym życiem. Ale już było za późno. Miłość była jak drugi organizm który postanowił się w niej rozwijać, jak roślinka, której korzenie, wbijały się w ziemię jej duszy i nie chciały już puścić.
Wtedy poznała Pawła. Chłopaka, który był nią w męskiej wersji. Kochał, ale nie był kochany. A raczej wręcz jego "miłość" to wykorzystywała. Pomagała mu, aż nie przyznał się, że mu się podoba. Rozwaliło się. I zaczęło od nowa. Takie to dzieje ludzkich przyjaźni.
Im więcej mijało czasu, tym bardziej sytuacja robiła się ciekawsza. Pojawiła się inna. Paulina. Widziała jego wzrok. Jego zachowanie. I gitarę. To ją miał uczyć... Tak bardzo chciała, żeby ta rzecz była "ich". Ale czego mogła od niego wymagać?
"Mogę się ciebie o coś spytać? Ale obiecaj że odpowiesz szczerze."
"Dobrze, ale zastanów się, czy chcesz znać, nawet tą "złą" prawdę."
"Tak.
Czy podoba ci się Paulina?"
"Tak."
"Wiedziałam."
Dała spokój. Rzuciła to wszystko. Pozbyła się miłości do niego. Pozbyła się jakichkolwiek emocji. Żyła tak, pusta, a chociaż adoratorów nie brakowało, wciąż chcąca tego jednego, konkretnego. Jemu nie wyszło. Wyjechali razem na wyjazd wakacyjny. Znów zaczęli rozmowy "na poważnie". Zapytał ją o związek na próbę. Czymże to jednak jest? Idelanym odzwierciedleniem litości. Nie byłoby w tym jego uczucia. Chyba, że właśnie litość za uczucie uznamy. Odmówiła. Bardziej chyba z własnej godności, niż z chcenia czy nie.
Przyjechał do Rożnowa. Był taki miły. Taki kochany. Był taki jak dawniej. Znów nie wyszło. Dosłownie mamtalentowe trzy razy "nie".
Najgorzej między nimi było, gdy to ona traciła przekonanie, że to wszystko zaczeło sie od jej miłości i że on przecież też się powinien starać. Przesadziła. Raz, a dobrze. I czytający, pewnie już pomyślał "tak! dała pokój! zaczęła nowe życie!". Nie. Nigdy nie przestała go kochać. Nie umie nad tym panować i wciąż to do niej powraca. On jest jej uzależnieniem. Człowiekiem, którego nie umie zostawić. I choć sama dobrze o tym wie, że on nigdy nie miał być jej, nadal płacze, a równocześnie nadal, gdzieś tam, ma nadzieję. Miłość to coś nieokiełznanego, nad czym ani ona, ani on nie zapanują. Nigdy. Choćby nie wiem jak go denerwowała, a on ją ranił. Bo nadal są blisko siebie, choć właściwie nikt już nie wie, kim oni właściwie dla siebie są.