piątek, 13 września 2013

On

    Deszcz delikatnie kropił w dach domu. Była noc. We wszystkich pokojach ciemność. Prócz jednego. Tam nadal paliło się światło, roznosił dźwięk stukania w klawiaturę.
"Ale co niby takiego innego robi od zwykłego przyjaciela? Sylwia, powiedz! Bądź przyjaciółką!"
"Czy ty nie widzisz, jak on się przy tobie zachowuje? Poza tym wszędzie tam, gdzie ty, tam pan Przemek."
Czytając to, dziewczyna siedząca w pokoju, uśmiechała się do monitora. Miała jakieś przekonanie, żeby w to nie wierzyć. Ale go nie słuchała. A przecież ZAWSZE była tylko kumpelą. Jednak im więcej wyciągała z Sylwii, tym bardziej chciała, żeby to była prawda. Okienko rozmowy zamigotało.
"Ej, ale to chyba nie źle, jeśli mu się podobasz? Właściwie co ty o nim myślisz?"
Co ona o nim myśli? Dziewczyna znów uśmiechnęła się sama do siebie.
"Gdybym ci to napisała, wieczności by nam nie starczyło, a ty uznałabyś mnie za wariatkę".
Palce zawisły nad klawiaturą. W wyobraźni pojawił się obraz, od paru tygodni nie dający spokoju. Potem znów rozległ się dźwięk postukiwania.
"Jakby ci to powiedzieć...
Jest przystojny...
I ma świetne poczucie humoru...
I musi być silny, bo mnie podniósł xd
Bardzo go lubię, ale czy coś więcej to nie wiem."
Kłamstwo. Wiedziała. Wiadomości z zawrotną prędkością pojawiały się w okienku. On był inny. Inny niż wszyscy. Ale to jej sprawa, a ona nie zamierzała o tym nikomu mówić.
Minęła noc. Nie do końca przespana. Nastał Wielki Piątek. Ona jak to ona, wulkan strachu i energii, zaangażowała się w Drogę Krzyżową. Grała Maryję. Dla paradoksu on - Jezusa. Cały czas miała w głowie scenę piety. Tej chwili, gdy będzie trzymać go w ramionach. Próby, próby i próby. Tylko się nie śmiać. Tylko się nie denerwować. Zostało im trochę czasu, choć północ była bliska. "Płaczące niewiasty", "Weronika", "Pomocnica Piłata" wszystkie siedziały i plotkowały. "Jezus", "Szymon z Cyreny", "Piłat", "Rzymscy żołnierze", oraz ci którzy w tym wszystkim pomagali, poszli grać w billard. Dla tak zwanego "odstresowania". A ona siedziała na schodach. Smutna. I pierwszy raz od dawna mająca dość niewyjaśnionej sytuacji. Na jej nieszczęście, dopadł ją tam zakochany Dominik. I na nieszczęście jej zachciało się zwierzać. To uruchomiło machinę. Powiedział, że to załatwi i wybiegł. Nie słyszał odmów. Wyciągnął Przemka na pole. A potem...
-Agata!
- Co?
- Nie.
I poszedł. Może gdyby w tamtym momencie uwierzyła w jego słowa nie byłaby tu i teraz tym kim jest. Pokiwała głową i myślała, że przeżyje. Ale ani jej umysł, ani serce, jakoś specjalnie nie otrzeźwiało. Zaczęła szukać drugiego dna. Kłamstwa tam, gdzie go nie było. I doszukała się. W całą historię zaczęła wplątywać inne osoby. Kołowrotki latały coraz szybciej, powstawało ich coraz więcej. I nie zostawiłaby tego w spokoju aż potąd, gdyby się nie dowiedziała prawdy. A może kłamstwa w kłamstwie? Kiedy po rezurekcji usłyszała "To skomplikowane" nie z jego ust, ale zawsze, machina stanęła dęba. Była radość, choć skrywana. Potem czas mijał. Dość biernie. Głównie na wzroście skrzydeł, które swą wielkością przewyższały nawet jej dom. Ale w końcu machina nie mogła stać biernie. Jeden z trybików poluzował się, zaczął kręcić własnym trybem.
- Agata musisz mu powiedzieć! Dziś! Nie ma żadnego "ale"! Załatwiłam już wszystko, odprowadzi cię, jesteście sami.
Idiotyzm. Zmuszona do bycia odważną. Cóż za ironia losu. Nie miała nic do gadania. Pół godziny później już z nim szła. Rozmawiając o latarniach i gwiazdach.
- Stało się coś?
Widział wszystko i jeszcze więcej. Nie umiała go zmylić. Może nie chciała?
- Nic. Może poza tym, że za jakieś 20 minut będę musiała zrobić najtrudniejszą rzecz w moim życiu.
I szli tak, rozmawiając o wszystkim i o niczym, zapatrzeni w nocne niebo, para idealna jak mogłoby się zdawać. Ona obecna serce i duszą, on jakby tylko umysłem. Droga kończyła się nieubłaganie, czas nie zwalniał biegu.
- Przemek. Musze ci coś powiedzieć. Nie wiem co z tym zrobisz...
Szara tunika, powiewała na kwietniowym wietrze, bramka była tuż tuż. Teraz wszystko zależało od niej. Nieśmiała dziewczyna, zamknięta w sobie i zakompleksiona, miała mówić miłości swego życia, że tą miłością jest. Nie wykonalne...
- Strasznie mi się podobasz.
A jednak.
Miał wtedy długie włosy, piękne, kasztanowe, do ramion. Powiewały lekko, zasłaniając mu twarz. Nie odpowiadał. Nie było jak w filmie. Każda kolejna sekunda dla niej była wiecznością, dla niego tylko zastanowieniem, analizą tego co ma w głowie z tym co tak naprawdę drzemie w jego sercu. W końcu coś powiedział. Być może starjąc się ją pocieszyć. Być może tłumacząc się ze swojego zachowania. Ona już tego nie zapamiętała. "Nie wiem czego chcę." - jednoznaczna odpowiedź uderzyła ją jak ostrze. Dała jej w twarz. Odepchnęła na kilka metrów. Zabolało. Chciał jeszcze coś powiedzieć. Coś o tym, że to nie jednoznaczna odpowiedź, że może mu się zmieni. Nie słuchała go już. Pożegnała się z nim miło i życzliwie. Starając się nie płakać, nie przy nim. Zrobiła to dopiero w domu, na własnym łóżku, na podłodze, słuchając muzyki, czy starając się pisać z przyjaciółmi. Napisał SMS... przepraszając ją, za tą rozmowę. Z prośbą by nie zrozumiała źle. Co tu rozumieć? Nie usłyszała "kocham cię". Nie usłyszała "podobasz mi się", nawet tak błahego "jesteś wyjątkowa". Nic, absolutnie nic. Nie chciała tak. Liczyła na decyzję. Tak czy nie?
Kilka dni później rozmawiali. Już normalnie. Łatwo było przy nim udawać uśmiech, szczęście, jeśli tylko się chciało. Ona marzyła tylko o tym, żeby stać na stałym gruncie. Żeby wiedzieć czy jest jej przyjacielem, czy może kimś więcej...
"Nawet gdybym powiedział "tak", nie byłabyś ze mną tak szczęśliwa, jakbyś chciała."
"Wiem.
Bo mnie nie kochasz."
"Dlatego nie byłabyś szczęśliwa."
Być może, każdy normalny człowiek, po czymś takim dałby sobie spokój. Rzuciłby tę znajomość w cholerę, spróbowałby zapomnieć, otrząsnąć się. Ona nie. Rozpoczęła pokręconą przyjaźń w której na przemian płakała i śmiała się. Nie przestawała go kochać. Tylko zagłuszała. Dzięki niemu powoli zaczynała się zmieniać. I choć tego dnia, gdy usłyszała, że jej nie kocha, do szkoły przyszła w czarnej sukience, ten kolor i jeszcze kilka innych stały się jej podstawą do życia. Nową kulturą, którą postanowiła wyznawać. Subkulturą znaną z buntów, dobrych koncertów. Stała się kimś, kim nie była, ale kim potrafiła wyprzeć z umysłu jego. Nie przeczę, że miała myśli masochistyczne, samobójcze. Ale to słabość. Te najgorsze doły, kiedy działo się wszytko nie tak, jak miało. Od tamtej pory w jej uchu co chwila gościła słuchawka z "Trying not to love you" Nickelbacka. Chciała nie kochać. Odpuścić sobie. Żyć własnym życiem. Ale już było za późno. Miłość była jak drugi organizm który postanowił się w niej rozwijać, jak roślinka, której korzenie, wbijały się w ziemię jej duszy i nie chciały już puścić.
Wtedy poznała Pawła. Chłopaka, który był nią w męskiej wersji. Kochał, ale nie był kochany. A raczej wręcz jego "miłość" to wykorzystywała. Pomagała mu, aż nie przyznał się, że mu się podoba. Rozwaliło się. I zaczęło od nowa. Takie to dzieje ludzkich przyjaźni.
Im więcej mijało czasu, tym bardziej sytuacja robiła się ciekawsza. Pojawiła się inna. Paulina. Widziała jego wzrok. Jego zachowanie. I gitarę. To ją miał uczyć... Tak bardzo chciała, żeby ta rzecz była "ich". Ale czego mogła od niego wymagać?
"Mogę się ciebie o coś spytać? Ale obiecaj że odpowiesz szczerze."
"Dobrze, ale zastanów się, czy chcesz znać, nawet tą "złą" prawdę."
"Tak.
Czy podoba ci się Paulina?"
"Tak."
"Wiedziałam."
Dała spokój. Rzuciła to wszystko. Pozbyła się miłości do niego. Pozbyła się jakichkolwiek emocji. Żyła tak, pusta, a chociaż adoratorów nie brakowało, wciąż chcąca tego jednego, konkretnego. Jemu nie wyszło. Wyjechali razem na wyjazd wakacyjny. Znów zaczęli rozmowy "na poważnie". Zapytał ją o związek na próbę. Czymże to jednak jest? Idelanym odzwierciedleniem litości. Nie byłoby w tym jego uczucia. Chyba, że właśnie litość za uczucie uznamy. Odmówiła. Bardziej chyba z własnej godności, niż z chcenia czy nie.
Przyjechał do Rożnowa. Był taki miły. Taki kochany. Był taki jak dawniej. Znów nie wyszło. Dosłownie mamtalentowe trzy razy "nie".
Najgorzej między nimi było, gdy to ona traciła przekonanie, że to wszystko zaczeło sie od jej miłości i że on przecież też się powinien starać. Przesadziła. Raz, a dobrze. I czytający, pewnie już pomyślał "tak! dała pokój! zaczęła nowe życie!". Nie. Nigdy nie przestała go kochać. Nie umie nad tym panować i wciąż to do niej powraca. On jest jej uzależnieniem. Człowiekiem, którego nie umie zostawić. I choć sama dobrze o tym wie, że on nigdy nie miał być jej, nadal płacze, a równocześnie nadal, gdzieś tam, ma nadzieję. Miłość to coś nieokiełznanego, nad czym ani ona, ani on nie zapanują. Nigdy. Choćby nie wiem jak go denerwowała, a on ją ranił. Bo nadal są blisko siebie, choć właściwie nikt już nie wie, kim oni właściwie dla siebie są.            

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Nowe życie - part 2

   "Wiesz... Laura jest inna. Ona mnie rozumie. Sama mówiłaś, ze tego jednego, nie potrafisz zrobić. Teraz nie musisz. Wybacz, ale to koniec. Piotrek."- czytała tę wiadomość po raz enty. Była sprzed dwóch dni, a ona do tej pory nie odpisała. Nie dotarło do niej? Dotarło. Jasne, że dotarło. Ale ona ma dumę i trochę klasy... których jak widać brak byłej przyjaciółce. Różnica między nimi obiema jest taka, że ona Piotrka kochała, a Laurka się nim pobawi i znudzi. Odłożyła telefon. Piotrka nie chciała widzieć, o niej - nawet myśleć. Nie wiedziała co ma robić. Z początku była tylko wściekła. Ale im dłużej siedziała sama, w pustym domu, tym bardziej pogrążała się w smutku, jakiejś wewnętrznej rozpaczy.
    Mokry, psi nos przejechał jej po ręce. Teraz tylko on był z nią i tylko on naprawdę jej pomagał. To była chwila, krótka myśl: "Muszę iść się przewietrzyć." Złapanie za smycz, przypięcie jej do obroży, głośność muzyki na full i zero myśli. Oni oboje mieli swoje miejsce: wzgórze nad jeziorem każdej zimy zaskakiwało bielą i ilością śniegu. Pies mógł się tam wybiegać, ona - odciąć od świata. Tym razem, jednak coś było nie tak. Pies spuszczony ze smyczy szedł ostrożnie, cały czas w jednym, określonym kierunku. Najpierw zobaczyła wybebeszoną wojskową kostkę. Ale on czujnie nastawiając uszy, z nosem przy ziemi, szedł dalej. Gdy zrobiła krok do przodu, zobaczyła butelkę po piwie z jakąś resztką alkoholu rozlaną po śniegu. Jego to nawet przelotnie nie zainteresowało. Staną dopiero w zagłębieniu zaspy, parę metrów dalej. Zbliżyła się. W zaspie leżał chłopak. Pies obwąchiwał mu całą twarz, ale on się nie poruszał. Mierząc jego ciało wzrokiem, zobaczyła zakrwawiony śnieg wokół lewego nadgarstka. Odskoczyła z krzykiem. "O Boże! On pewnie nie żyje!". Ale w tej chwili chłopak się zerwał. Rozejrzał. Zobaczył ją. Futrzak minął go i usiadł koło niej. On wstał, ona cofnęła się. Zrobił krok i w tej samej sekundzie zaskowyczał i upadł na ziemię. Nagle strach się ulotnił. Chciała już tylko mu pomóc. Dowiedzieć się kim jest i dlaczego to sobie zrobił. Podbiegła do niego i uklękła. Nie pamiętała pierwszej pomocy, ale raczej twarzą do ziemi leżeć nie powinien... Przewróciła go na plecy. Poczuła zapach jego włosów pachnących igliwiem i znienacka pocałowała go. Może to przez natłok uczuć? Albo przez to, że mogą to być jego ostatnie chwile w życiu? Albo może przez coś innego... Po tym, poczuła gorący oddech na swojej twarzy. Ale nie otworzył oczu. Nagle spiął wszystkie mięśnie i zaczął się trząść. Zbladł. A potem czas przyspieszył.
   Telefon. Dźwięk nadjeżdżającej karetki. Dwóch sanitariuszy wypytujących ją o wszystko i dwóch pakujących chłopaka na nosze. Podróż w ambulansie. Reanimacja. I ciągłe myśli: "Proszę cię, tylko nie umieraj". A potem korytarz przed salą operacyjną. Nic nie wiedziała, prócz tego, że operacja dotyczyła nerek i wątroby. I czas powoli wracający do normalnego tempa. Jeden z sanitariuszy zameldował jej, że zaprowadził psa do domu. Ona trzymała teraz tę wojskową kostkę. Gdy wsiadali do ambulansu wysypały się z niego dziesiątki zdjęć. Jego i jakiejś dziewczyny. Wpatrując się trzecią godzinę w napis "TOKSYKOLOGIA" znała już odpowiedzi na pierwsze pytania. Pomimo to, nie mogła przestać o nim myśleć. Chciała go poznać. Chciała porozmawiać. Tak naprawdę, chciała jeszcze raz poczuć to, co wtedy na wzgórzu. "Proszę cię, wytrzymaj... nie umieraj."
   I choć jeszcze tego nie wiedziała, jeszcze tego do siebie nie dopuszczała. On miał być jej nowym życiem. Ale czas nie miał znaczenia.         

niedziela, 28 kwietnia 2013

Nowe życie

   Wzgórze skrzyło się od śniegu. Siedział na nim i wpatrywał się w migotliwe światło gwiazd. Nie czuł zimna. Bluza lekko powiewała na lodowatym wietrze. Po co jest miłość? Po co kochać? Po co w ogóle czuć jakiekolwiek emocje? Trzy poziome cięcia na nadgarstku goiły się powoli, zanurzone w zaspie. Wykorzystała go. Potraktowała jak psa. Sięgnął do wytartego, wojskowego plecaka, wyjął butelkę piwa. Po co żyć, jeżeli wszyscy ludzie to kłamcy? Zbliżysz się do kogoś, a on oszuka cię, że cię kocha, że jesteś dla niego ważny. Pociągnął  butelki jeszcze raz. Położył się. Długie włosy zniknęły w grubej warstwie śniegu. Ciekawe co ona teraz z tamtym robi? Jak to dziwnie wyglądało... ona ma może półtora metra, ginęła w objęciach dwumetrowego mięśniaka. "To nie tak!" Nie, wcale nie tak. A język wkładał jej do gardła kuzyn? Napił się po raz kolejny. " Ta trzecia butelka to chyba przesada". Usnął. Może zaśnie i się nie obudzi?
   Coś mokrego przejechało mu po twarzy. Nie ruszał się. Po co? Może zamarznie i umrze sobie w spokoju. Ale wtedy usłyszał krzyk. Zerwał się i zaczął rozglądać. Mokre włosy opatulały mu twarz. Zobaczył dziewczynę. Stała, ręką zasłaniając usta. Była od niego niższa, szczupła, miała długie, ciemne włosy i ogromne piwne oczy. Powoli opuściła rękę, wpatrując się w zakrwawiony śnieg wokół jego lewej ręki. Odwrócił się odrobinę w prawo i poczuł na karku ciepły oddech. Minął go ogromny, czarny wilczur i usiadł obok nóg dziewczyny. Chłopak wstał. Alkohol lekko zawirował mu w głowie, ale myślał trzeźwo. Zrobił krok do przodu, dziewczyna cofnęła się, pies - nie. Nagle poczuł rozdzierający ból w piersi. Upadł. Spróbował podeprzeć się na rękach, ale pocięty nadgarstek dał o sobie znać i ból kazał mu leżeć rozpłaszczonym na ziemi. Usłyszał kroki. Zostawi go. Po chwili jednak przed oczami zobaczył kolana w jeansach. Poczuł delikatny, a jednocześnie silny dotyk jej dłoni. Złapał go i obróciła na plecy. Jego głowa była na jej nogach. Bał się otworzyć oczy. Ból paraliżował całe jego ciało. Co się z nim dzieje? Nie mógł złapać oddechu. Czuł, że ona jest przerażona. Potem nie czuł już nic.
   Otworzył oczy. Był zmęczony, spocony, czuł zimno i gorąco na przemian. Przed oczami miał Ją z mięśniakiem, ale obraz zmieniał się w dziewczynę ze wzgórza. Wszędzie było jasno. Usłyszał jakby przez ścianę: "Szybciej! Tracimy go!".
   Pip, pip, pip, pip... Sufit. Łóżko. Włosy były cały czas mokre. Ból przy oddechu, ból w ręce. Ale już nie w całym ciele. "TOKSYKOLOGIA" - głosił napis na ścianie. Upił się. Trzecia butelka... tylko pod rząd w tamtej chwili. Naćpał się... "- To ci pomoże, zapomnisz o tej suce... - Ona nie jest suką!" Palił? Może, nie pamięta. Scena za sceną przelatywały mu przez głowę. Ile on szedł? Usilnie próbował przeliczyć ile kilometrów jest z Łodzi do okolic Krakowa. I wtedy przypomniał sobie piwne oczy. I szorstki dotyk jeansu. Zakochał się? Nie, to niemożliwe. Widział ją maksymalnie minutę. A jednak nie mógł zapomnieć. Nie zostawiła go. Była pierwszą osobą, która tak bezinteresownie się nim przejęła. Musi ją znaleźć. Musi poznać.
   I choć jeszcze tego nie wie, jeszcze tego do siebie nie dopuszcza, gdyby mógł, teraz, w tym momencie, oddałby za nią życie. Ale czas nie ma znaczenia.        

Klekot

   Inspiracja...
"Ale pamiętaj, że kocham. Że jesteś centrum mojego wszechświata :* cały świat kręci się wokół twojej osoby, więc nie próbuj tego w żaden sposób negować. Jesteś absolutem mojego istnienia. Nie mam nad ciebie wspanialszej istoty. Jesteś zbiorem wszelkich cnót, tak wielbionych przez wszystkich mężczyzn na przestrzeni wieków :* i akurat mnie spotkał zaszczyt spędzenia życia z kobietą idealną :* czymże obie na to zasłużyłem? Czy w poprzednim wcieleniu byłem dalajlamą, mesjaszem? Musiałem chyba niczym Korczak oddać życie w jakiejś wielkiej, słusznej sprawie :* mam nadzieję, że cię nie zanudziłem :) ważne jest to, że postaram się poprawić, żeby tylko utrzymać przy sobie najwspanialszą kobietę we wszechświecie :* chciałbym już zawsze być z tobą :*"
                                                                                              ~Klekot do Ani <3

   Muzyka, brzmieniem gitary elektrycznej, wbijała mu sie do mózgu. Musiał zagłuszyć. Zagłuszyć wściekłość, ból, żal. Ile można? Piorun przeszył brunatne niego. Pociągnął z butelki. Był już porządnie nachalny. Pił którąś godzinę, nie liczył. Chciał zapomnieć o tym pieprzonym życiu. Wszedł w jakiś zaułek. Chodniki, stare rampy, skrzynie. Siedzieli tam jacyś ludzie. Uczepią się go. Ale szedł dalej. Patrzyli na niego, na butelkę w prawej ręce, zresztą już chyba pustą. Usiadł daleko od nich. Wyjął słuchawki z uszu, chciał skupić spojrzenie. Kilku chłopaków, może dwie dziewczyny. Dawno stracili nim zainteresowanie. Jak cały świat. Prócz jednej. Para brązowych oczu wpatrywała się w niego. Nie wiedział o co jej chodzi, nie wiedział co było w tym spojrzeniu. Wstała. Cholera, czegoś chce. Butelka jest pusta. Słuchawek jej nie da, niech się odpierdoli. Niech podrywa innych naiwniaków, a potem łamie im serca. Bo co z tego, że powie "kocham", skoro i tak jej przejdzie. Co z tego, że jest czyjaś, jedyna, skoro nie długo zmieni właściciela. Ale ona szła. Widziała jego spojrzenie. Widziała "odwal się", które mówiło całe jego ciało, ale szła. Usiadła obok niego. Nie odsunął się. Nagle poczuł, że tego chce. Chce, żeby ta jedna dziewczyna, na siedem pieprzonych miliardów ludzi, zainteresowała się właśnie nim.
- Czemu jesteś smutny?
Jedno pytanie. Tylko jedno. Nie zapytała o "zapalarę", "szluga", czy piwo. Zapytała o niego. A w nim wszystko pękło. Teraz chciał jej powiedzieć o wszystkim I mówił. Bezwiednie opowiedział jej o Niej. O tym, jak zdradziła do z jego najlepszym przyjacielem. O tym, jak kłamała, że go kocha, że jest jedyny, że nocuje dziś u koleżanki. O tym jak uzależniła go od siebie, papierosów, narkotyków, alkoholu. Mówił, a ona mu nie przerywała. Kiedy skończył, nie powiedziała nic. Myślał już, że się pomylił, że przez wypite piwo źle usłyszał pytanie, że powiedział wszystko niewłaściwej osobie. Ale ona go objęła. Objęła tak, jakby od nowa chciała nauczyć go zaufania. Poczuł łzy na swoim ramieniu, a po chwili usłyszał szept: "Suka. Ona jest suką. Będzie dobrze, będzie lepiej, uwierz mi. Znajdziesz kogoś, ale ten ktoś to nie ona. Ona to zła miłość. To wykorzystywanie. A ja nie chcę żeby cię wykorzystywano." I trwali tak. W końcu odsunęła się, otarła łzy, spojrzała na zegarek. W tym momencie uciekła, zerwała się, bo musiała. Nie bo chciała. Wiedział. Nie wiedział skąd, ale był pewny. Pewny, że jeszcze ją spotka. Na skrzyniach siedział jeszcze jeden chłopak. Podszedł do niego.
- Mateusz.
- Łukasz.
Chwila ciszy, mierzenia się spojrzeniami.
- Kim ona jest?
Jeszcze raz dryblas mierzył go spojrzeniem.
- Ona to Ania. Masz wielkiego farta. Nie spierdol tego.
Wstał i chciał odejść, ale odwrócił się jeszcze do niego.
- Jutro też tu będzie. Miło by było, gdybyś jej się chociaż przedstawił. - dryblas uśmiechnął się i wyszedł  zaułka na ulicę. "Ania." - ona sam uśmiechnął się i rzucił butelką o ścianę. Ania.          

Ulica

   Stała na środku ulicy. Czekała na koniec, na nadjeżdżający samochód. Wszystko, spowite w ciemnościach i skąpane w kroplach deszczu, ułatwiało decyzję. Tego było po prostu za dużo. Ostatnia noc. Bal, komers. Sam ją zaprosił, mówiąc, że ją kocha. A tam przedstawił jej Martynę. Byli razem od dwóch lat, a zdradzał ją czwarty miesiąc. Kłamał. Kłamał, że kocha, to teraz ona skłamie, że przeżyje. W końcu u szczytu ulicy zobaczyła światła. Nareszcie. Już nie ucieknie, wreszcie się uwolni. I wtedy usłyszała krzyk: "Uciekaj!". Chłopak. Niech odejdzie, niech da jej umrzeć. Zaczął biec, próbował prześcignąć rozpędzony samochód. "Uciekaj! Proszę, zejdź!". Prześcignął auto, był na wysokości metra od maski. Wtedy, gdzieś w głowie, pojawiła się myśl, że on ją uratuje. Nie tylko przed samochodem. Nigdy nie widziała, żeby ktoś biegł tak szybko, był już dobre dziesięć metrów przed autem. A ono było nie daleko... już tak blisko. Nagle ktoś ją złapał, schowana w połach skórzanej kurtki była bezpieczna. Kilkanaście centymetrów od jej ucha, usłyszała dźwięk przejeżdżającego samochodu. Chłopak jej nie puszczał. Czuła jego gorący oddech na szyi. - Nie umieraj, proszę. - szeptał - Wiem, że może być źle, ale nie umieraj. - ona też nie chciała go puścić. Choć nie widziała jego twarzy, mając go przy sobie, czuła tę wolność, którą chciała uzyskać poprzez śmierć. Powoli odsunęli się od siebie. Wstał, pomógł jej się podnieść.
- Jestem...
- Jesteś wolnością. - przerwała mu - Dziękuję.
Uśmiech nie tylko pojawił się na jego twarzy, ale i w błyszczących szaro-zielonych oczach.
- To debil.
-Kto? Skąd wiesz?
- Bo... ktoś, kto sprawiłby, że chcesz umrzeć, musiałby być debilem.
Zamilkł i powoli wyciągnął rękę. Podała mu swoją.
Ciemną ulicą, w strugach deszczu, idzie para zakochanych; ona schowana w połach skórzanej kurtki, on szczęśliwy, że może trzymać ją w ramionach.